Od pięciu lat z zawodu jestem lekarzem weterynarii. Każdego dnia przyjmuję wielu pacjentów. Zdarzają się jednak momenty, gdy medycyna staje się bezradna, a ja nie jestem w stanie udzielić pomocy zwierzęciu. W takich przypadkach zwracam się z prośbą o pomoc do Shri Mataji.

Zdarzenie, które miało miejsce kilka dni temu z pewnością zapamiętam do końca życia.

Podczas wykonywania rutynowego zabiegu sterylizacji kotki, zwierzę przestało oddychać. Pomimo natychmiastowej reanimacji, zatrzymała się akcja serca. Stojąc nad ciałkiem kotki, bardzo szczerze poprosiłam o pomoc Shri Mataji. Wiedząc, że sytuacja jest beznadziejna, odruchowo zaczęłam podnosić kotu energię Kundalini. Kilka razy, powoli przeciągnęłam dłoń od ogona aż do głowy zwierzęcia. Działanie podjęłam odruchowo i z punktu widzenia sztuki lekarskiej całkowicie irracjonalnie, przecież powinnam kontynuować reanimację tak, jak zostałam tego nauczona. A jednak posłuchałam głosu serca. Po chwili kot zaczął oddychać. Przyłożyłam stetoskop do klatki piersiowej – serce biło jak dzwon. Przez moment stałam jeszcze przy stole operacyjnym próbując uświadomić sobie to, co właśnie się wydarzyło. Dopiero po chwili mogłam kontynuować zabieg.

Kilka miesięcy temu trafił do mnie pies, u którego wykryto silną anemię. Zwierzę było bardzo słabe. Z dalszych badań wynikało, że przyczyną jest szpik kostny, który nie produkuje krwinek. W rozmazie krwi nie było ani jednej młodocianej czerwonej krwinki (przy anemii młodych krwinek powinno być bardzo dużo – to wskazuje na regenerację organizmu). Jeszcze nigdy w swojej praktyce lekarskiej nie widziałam tak złego wyniku. Wiedziałam, że mogę jedynie poprosić o pomoc Shri Mataji, ponieważ medycyna nie była w stanie uleczyć zwierzęcia. Podczas hospitalizacji pracowałam podnosząc jego energię Kundalini. Nie wiedząc co przyniesie kolejny dzień, poinformowałam właścicielkę, że pies prawdopodobnie umrze w przeciągu kilku dni… Ale tak się nie stało. Z dnia na dzień zwierzę zaczęło nabierać sił. Pies żyje do dnia dzisiejszego i czuje się świetnie.

Jakiś czas temu leczyłam szczeniaka chorego na parwowirozę (choroba wirusowa przewodu pokarmowego, o bardzo gwałtownym przebiegu, ze śmiertelnością nawet do 90 %). Kilka dni wcześniej u właścicielki zmarł inny szczeniak z takimi samymi objawami. Pies trafił rano osowiały, wymiotował, a po kilku godzinach dołączyła się krwawa biegunka. Pracowałam nad szczeniakiem w taki sam sposób jak nad poprzednimi pacjentami – podnosiłam jego energię Kundalini. Przesuwając dłoń nad zwierzęciem poczułam gorąc. To był znak, że choroba wychodzi z organizmu, pytanie było tylko czy się nie spóźniłam. Obawiałam się, że pies może nie dożyć następnego dnia. Tymczasem okazało się, że rano czuł się wyśmienicie. Wszystkie objawy ustąpiły tak samo gwałtownie jak się pojawiły. Szczeniak zachowywał się jakby nic się nie wydarzyło. Lekarz z porannej zmiany nie mógł uwierzyć w tak szybki powrót do zdrowia naszego pacjenta. To się nie zdarza. Leczenie jest zawsze długotrwałe i wymaga całodobowej, intensywnej opieki lekarskiej a w wielu przypadkach i tak kończy się śmiercią zwierzęcia .

Takich przypadków mogę wymieniać naprawdę wiele. Przy każdym zdarzeniu otrzymałam wielką pomoc Shri Mataji. Za wszystkie uratowane życia jestem bardzo wdzięczna i z głębi serca dziękuję. Dziękuję również za to, że każdego dnia mogę pomagać, bo nic innego nie przynosi radości.

Pragnę podzielić się tymi historiami z każdym kto poszukuje swojej drogi. Otrzymuję tak wiele dzięki Sahaja Yodze, że mogłabym napisać książkę. A najpiękniejsze jest to, że każdy z nas może doświadczyć podobnych cudów w swoim życiu.
Moim wielkim marzeniem jest to, aby Poszukiwacz zainspirowany przeżyciami jogina sam spróbował medytacji Sahaja Yoga oraz technik, aby przekonać się o ich skuteczności… A w przyszłości również podzielił się swoimi doświadczeniami.

Basia