O wybaczeniu sobie

Ktoś kiedyś powiedział, że modlitwa jest mówieniem do Boga, a medytacja polega na słuchaniu Boga. Dziś wiem to na pewno. Medytacja jest odpowiedzią na nasze głębokie pragnienie. Podczas medytacji możemy dotrzeć do najgłębszych zakamarków siebie, poznać siebie, zmierzyć się z ciążącymi na nas problemami i odciąć się od nich.

O tym, jak wybaczyć samemu sobie chciałam napisać krótko. Jednak zrozumiałam, że jest to niemożliwe. To jest proces, wymagający czasu oraz głębokiej introspekcji. I właśnie o tym procesie chciałam Wam opowiedzieć.
Oto historia o tym, jak wyglądała moja wędrówka w głąb siebie.

Od dzieciństwa miałam problemy z dobrą samooceną. Od kiedy pamiętam, czułam się gorsza, słabsza, mniej warta i głupsza od innych. A poprzez to nie potrafiłam szanować siebie. Nie szanowałam też innych. Bo niby dlaczego inni mieliby okazywać mi przyjaźń i serce, skoro nie czułam, że na to zasługuję? A skoro tak czułam, to i zachowywałam się w taki sposób, żeby to udowodnić.
Bardzo długo męczyłam się z tym problemem. Widziałam, że często zachowuję się nieodpowiednio, ale nie potrafiłam dotrzeć do sedna problemu. O co chodzi, co jest nie tak? Dlaczego nie potrafię uwierzyć w siebie?

Musicie wiedzieć, że nie pochodzę ze szczęśliwej i kochającej się rodziny. Mój ojciec, którego kochałam bezgranicznie, nie był uczciwy. Zdradzał moją mamę, oszukiwał nas, również w kwestiach finansowych. Pewnego dnia oznajmił, że odchodzi do innej kobiety i tak też zrobił. My nie byłyśmy mu już więcej potrzebne. To był dla mnie cios. Pojawiało się setki pytań i bardzo wiele negatywnych myśli w stosunku do ojca, dużo złości i agresji. Jak mógł się tak zachować, dlaczego trafiło na nas, co z niego za człowiek…

To, że mam problem z wybaczeniem jemu zrozumiałam podczas medytacji. On się nie zmieni, żyje spokojnym, nowym życiem a ja męczę się, złoszczę, przepełniam goryczą. Po co? Zatruwam życie jedynie sobie, sobie robię krzywdę, nie jemu. A więc wybaczyć.
Wybaczam, wybaczam, wybaczam… medytowałam i prosiłam o to, abym potrafiła wybaczyć. Proces trwał lata. Powoli, powoli przestawały przychodzić negatywne myśli. Aż w pewnym momencie poczułam, że nastąpił przełom. Taka ulga…
Wydawało mi się, że ten etap został zakończony – miałam ojcu wybaczyć, udało się. Teraz będzie mi łatwiej…

Jednak podczas jednej z kolejnych medytacji dostrzegłam, że wciąż jestem tak samo okropna dla innych ludzi jak byłam wcześniej. A w stosunku do siebie samej jestem jeszcze bardziej oschła i stanowcza. Zabolało…

Widzicie, z medytacją jest tak, że nie musicie drążyć tematu, natłok myśli tu nie pomoże. Odpowiedzi przychodzą w ciszy, a ta cisza musi być w głowie. Zadałam pytanie: Boże, o co chodzi? Dlaczego taka jestem, gdzie jest sedno mojego problemu? Zapytałam i przestałam analizować.
A podczas medytacji otrzymałam odpowiedź. Obrazy z dzieciństwa zaczęły przychodzić jak film. Patrzyłam na urywki jak widz, z boku, obiektywnie, jakbym obserwowała obcych ludzi, jak świadek.
Dostrzegłam jak ojciec nocami oglądał pornografię. Jak traktował moją matkę. Jak wyśmiewał się z niej, drwił, nie szanował. A w tym samym czasie mnie zabierał na obiady do restauracji, prowadzał trzymając za rękę, masował plecy, kupował perfumy, seksowną, a czasem i nieprzyzwoitą bieliznę. Mnie, dziecku. Coś było mocno nie tak. Bardzo nie tak.

Lawina, potok łez. Odruchowo złapałam za telefon, żeby porozmawiać z przyjaciółmi, poskarżyć się. Nikt nie odbierał słuchawki. Zostałam sama. Nerwowo chodziłam po mieszkaniu szlochając i załamując ręce. Co mam zrobić?!
Kto zna mnie lepiej niż ja sama? Kto może wiedzieć jaki ból noszę w sercu i kto może mi pomóc? Usiadłam do medytacji. Tylko Bóg zna odpowiedzi na moje pytania. Płakałam i medytowałam, na zmianę. Powróciły te same pytania z przeszłości: jak on mógł, dlaczego ja itp.
Znów ten sam proces – trzeba wybaczyć, dla siebie. Przeszłości nie zmienię, muszę się z nią pogodzić. Muszę wybaczyć.

Diwali, Święto Światła, w kulturze Indyjskiej prawdziwe Boże Narodzenie. Jezus, ten, który niesie Światło Przebaczenia narodził się.

Światło rozjaśnia mrok, ale żeby mogła nastać jasność, wszystko to co złe musi zostać zdemaskowane. Całe zło w naszych sercach musi wyjść na jaw, aby jego miejsce mogła zapełnić miłość. Ta prawdziwa, najpiękniejsza, Boska Miłość w nas.
Dostrzegłam coś więcej: ja nie mam problemu z wybaczeniem ojcu. Ja mam problem z wybaczeniem samej sobie. Bóg pozwolił mi dostrzec sedno problemu – nie kocham samej siebie. Stałam się tym, kim jestem bo wpłynęły na to uwarunkowania z dzieciństwa. Ja nie jestem temu winna!!! mnie też można kochać!!! Pierwszy raz w życiu pozwoliłam sobie na pokochanie samej siebie, poczucie radości z bycia sobą. Bóg mnie stworzył, jestem cząstką w wielkim oceanie Boskiej miłości, miłość jest we mnie. Mogę czuć tą miłość w sercu i dawać ją innym, to taka wielka radość.
Łzy radości napłynęły mi do oczu. Płakałam długo radując się sobą. Usiadłam do medytacji dziękując Bogu. Dziękowałam i dziękowałam. A gdy zrozumiałam i poczułam miłość w sercu, wiedziałam już że nigdy więcej nie zrobię przykrości drugiej osobie. Wiecie dlaczego? Bo wszyscy jesteśmy jednością. Każdy z nas zmaga się ze swoimi problemami. Podczas gdy odrzucałam ludzi zmagając się z traumami, w głębi duszy rozpaczliwie szukałam miłości. Dlatego dziś wiem, że tylko serce, tylko miłość powinniśmy mieć do drugiego człowieka. A ta miłość rozpali światło…

Basia